❌ 11 faktów o mnie, o których nigdy Wam nie mówiłam 🤪😱

❌ 11 faktów o mnie, o których nigdy Wam nie mówiłam 🤪😱

Mam na bakier ze stanikiem

Kiedyś nie było szans, żebym wyszła z domu bez stanika. I to takiego konkretnego push-upa! I nie to, żebym miała jakiś kompleks :) Po prostu wydawało mi się, że piersi w takim zwykłym staniku nie wyglądają tak świetnie jak w push-upie. Dlatego nie było szans, żebym założyła nawet do ćwiczeń jakiś zwykły, sportowy stanik. Aaaale to było 10 kilogramów temu… Teraz założenie tej uprzęży to dla mnie największa kara :) I… pokochałam sportowe staniki :) Najlepiej takie bezszwowe. Stanik zakładam tylko wychodząc do telewizji, kościoła albo… na eventy…

 

Nie lubię eventów

Na eventy, za którymi…. nie przepadam :) To jest bardzo ciekawe zjawisko, ale ja w ogóle wolę spotkania w mniejszych grupach osób. Na eventach jeśli już jestem (grzecznie odmawiam na 99% zaproszeń) to zazwyczaj w związku z jakąś większą akcją marketingową, którą realizuję. Czuję więc obowiązek relacjonowania wszystkiego na bieżąco. Z drugiej strony, poznaję nowe osoby, spotykam znajomych… chce się pogadać. A NIE MA JAK! Bo przeca plan imprezy jest! Czuję się wtedy takie wewnętrzne rozdarcie. Jako, że jestem w pracy zajmuję się ostatecznie tym co do mnie należy, nie rozmowami, więc prawdopodobnie wychodzę na aspołeczną ignorantkę :) Na szczęście teraz, w dobie korony, organizowanie makro zlotów ludzi jest utrudnione więc i zaproszeń mniej :) Jeden z niewielu plusów świata stojącego aktualnie na głowie :)

Bardzo fajny, przyjemny i nieobciążający mojej rozdwojonej osobowości event zorganizowało Emolium. Wiecie, że ja z Emo już działam trzeci rok. Kosmetyków Emolium używam i ja i Maciek i nasze dzieci i nasza rodzina i nasi sąsiedzi i nasi przyjaciele… I chociaż linię Emolium PURE znam już idealnie i wiem wszystko (że biodegradowalna formuła, że ponad 90% składników pochodzenia naturalnego, że wegańskie, że do użycia od 1. dnia, że opakowania zawierają plastik z recyklingu, że nie zawierają parafiny, że wspierają mikrobiotę skóry – eeee serio… napisałam to wszystko z pamięci) :) No więc, chociaż z linii Emolium PURE mogłabym zdawać rozszerzoną maturę to… LUDZIE :) Na Emo pracuję i z fantastyczną agencją i z fantastycznym zespołem w samym Sanofi i z blogierkami, które lubię – pozdro Kinga! Chleb się zrobi jak wrócimy z wakacji :) No więc poszłam. Rozdarta trochę bo z jednej strony wiedziałam, że będzie taka Lily Life czy Scraperka i fajnie by było pogadać a z drugiej, że jak się kurczę zagadam to pominę pół eventu :) A wiecie co się okazało?

 

Okazało się, że sama prezentacja produktów trwała może z pół godziny. Konkrety. No, ale jak widzicie wyżej, tutaj nie ma sensu dorabiać teorii i skupiać się na elementach pobocznych. Tu sam produkt jest po prostu ZAJE…fajny :) Tego wszyscy aktualnie potrzebujemy i poszukujemy. Bez zbędnych i kontrowersyjnych składników, z czystym, krótkim, a jednak bogatym w mega wartościowe składniki takie jak inulina, olej macadamia, skwalan czy magnolia składem. A to wszystko W CENACH KOSMETYKÓW DROGERYJNYCH. TUTAJ zostawiam Wam link do ceneo – możecie sobie znaleźć produkty w najniższych cenach na rynku. Nie trzeba biegać po aptekach żeby go dostać :)

A wracając do samego eventu to może przejdę do kolejnego punktu bo właśnie dzięki Emo, dowiedziałam się o sobie czegoś co gnębi mnie od zawsze…

Jestem zorganizowana ale jednocześnie chaotyczna

Okazuje się, że to możliwe! Że tacy ludzie chodzą po ziemi i DA SIĘ połączyć ze sobą dwie, teoretycznie wykluczające się cechy. A jak to się stało, że to wiem? Ano podczas eventu zostałyśmy poproszone o odpowiedź w kilku zdaniach, na pytanie „Czym jest dla Ciebie PURE”. Najgorsze jest to, że ja sobie wyobraziłam po prostu trzy SŁOWA a nie zdania, więc reszta mojej wypowiedzi dotyczyła tego, że nie potrafię ubrać tego w zdanie bo słowo kojarzy mi się… z innymi słowami :) No i taką kartkóweczkę oddałam sorce :) A wiecie po co te ZDANIA a nie słowa były potrzebne? Żeby na postawie mojego charakteru pisma, wypowiedział się na mój temat Instytut Psychografologii. Wiecie… ta Pani, która mój charakter pisma badała współpracuje z sądami, policją… Potrafi po stylu pisma ocenić czy ktoś jest PSYCHOPATĄ! Czujecie to? Wrzucam Wam urywek tego, czego się o sobie dowiedziałam:

Analizowana próbka pisma należy do osoby wszechstronnej i elastycznej. Z jednej strony ceni ład, pragmatyzm, powtarzalność, a z drugiej odnajduje się w chaosie, zmianach. Stabilność, opanowanie przeplata się z gotowością do wygłupów, duszą wiecznego dziecka. Silna potrzeba bezpieczeństwa emocjonalnego i finansowego. Ceni tradycję, więzi rodzinne, stabilizację. Jest wyraźnie zaakcentowana w grafiźmie sfera odpowiadająca za pracę mózgu: pomysłowość, wyobraźnia, ale i inteligencja, dobra pamięć.

No proszę mi powiedzieć, że coś z tych rzeczy do mnie nie pasuje :) No pooooo prooooos tuuuuu JA :) A tak w temacie pisma to… te z Was, które mają w domu Timę z moją dedykacją, wiedzą, że mój styl pisania potrafi się przekrzywić z jednej na drugą stronę w ciagu jednej linijki :) Że nie chce mi się pisać wszystkich nóżek od „n”, „b” itd. A „z” to u mnie pionowa kreska :) :) :) I z takich kulfonów wyłaniam się ja… Afrodyta z morskiej piany :) (haaaa… chciałabyś Malwinko) :)

Gdybym mogła, spędziłabym życie w dresach

No właśnie… gdzie mi do Afrodyty! Panie! No chyba, że Afrodyta jak już się z morskiej piany wytrze, wskakuje w dres i sportowy obuw :) Caaaaałe życie dresiarz. No nie licząc zabawy w bycie hipisem, kiedy chodziłam do gimnazjum (matko… czuję się trochę jak moja babcia… chodziłam do szkoły, której moje dzieci nie poznają) :) Aaaale wracając do dresów… NO NIE MA WYGODNIEJSZEGO STROJU DLA MNIE NIŻ DRES! Z resztą, widzicie to po naszych filmach :) Pierwszy raz od początku kanału wystąpiłam w dżinsach w naszej najnowszej piosence – Matka Nie Ma Lekko :) Ale jak to mawia Milenka – POKOOOOJNIE :) We wrześniowej parodii już znów ganiam w moich ukochanych różowych PORACH (jak to mawia Baba Iwąka) :) Dres i buty sportowe. Jestem uzależniona od butów sportowych. I ja mogę z czystym sumieniem nazywać moje buty po staremu (z czasów gimnazjum) adidasami :) Bo akurat do Adidasa mam szczególną słabość. WSZYSTKIE moje buty sportowe to adidasy. Pamiętam, że kiedyś, na studiach, podeszła do mnie koleżanka z roku i zapytała czy ja pracuję w Adidasie bo jestem w nim ubrana od stóp do głów :) Nooo i pragnę nadmienić, że moda na chodzenie w dresach to znak obecnych a nie starych czasów. Jeszcze 10/15 lat temu to było zwykłe niechlujstwo albo przynależność do subkultury typowego Seby i Dżejsiki :)

Ale wiecie co? Może to i dobrze, bo ja nie posiadam strojów „pomiędzy”. Jak już trzeba wyjść w miejsce, gdzie w dresie nie wypada – na przykład do PNŚ, wtedy matka zakłada najwyższy obcas, kieckę i wygląda elegancko (chyba, że jej się kiecka ściągnie podczas siadania i panowie operatorzy zamiast pokazywać twarz zaczną kadrować na cellulit) :) W pracy wyglądałam elegancko, bo jak się kupowało ciuchy stricte „do pracy” to wiadomo, że koszulę i spodnie w kancik plus wyyyysoki obcas i nawet gdybym się baaardzo postarała, to nie było jakich butów do tego innych założyć, bo na stanie same adidasy :) Ej… zauważyłyście, że ja z każdej sytuacji muszę wyciągać jakieś pozytywy? :) Chyba nie dodamy tego jako punktu dodatkowego, bo o tym pewnie Wy już dawno wiecie a to przecież na NIEWYJAWIONE fakty dzisiaj Was tu zaprosiłam :) No więęęęc…

Korci mnie, żeby zrobić sobie drugi tatuaż

Mam jeden. To wiecie. I sama nie wiem o co w tym chodzi. Nie potrafię tego wyjaśnić. Ale chce mi się zrobić drugi. Jest w tym coś takiego… hmm… taka adrenalina. Decyzja raz na zawsze. Pewnie psycholog wyjaśniłby to w 3 sekundy i połączył jeszcze z moim wewnętrznym dzieckiem :) Nie podobają mi się ludzie wytatuowani na szyjach, z całymi rękawami z tatuaży. Z tatuażami na twarzy, albo kobiety z kokardami na nogach. Nie potrafię wczuć się też w to, co kieruje osobami, które tatuują sobie jakieś straszne, negatywnie nacechowane obrazki. Tego nie ogarniam. Aaaale jakiś kwiatuszek. Albo krzyżyk na klatce piersiowej, żeby już mi nigdy dziecko łańcuszka nie zerwało. Albo imiona dzieci na nadgarstku… Podoba mi się to u kogoś i często mam taką myśl, żeby sobie jeszcze coś dorzucić do tego co mam, aaaaale… wiem, że na korceniu się skończy. Chyba, że pójdę do psychologa i dotrzemy do tego miejsca, w którym się ta potrzeba rodzi. Bo to baaardzo ciekawe zjawisko. A skoro jesteśmy już przy psyche to…

Mam TRYPOFOBIĘ

O LUDZIE! Wlazłam w wyszukiwarkę właśnie, żeby sprawdzić jak się moja fobia nazywa więc wpisałam „lęk przed dziurami” – BOŻE… dziewczyny jestem cała w gęsiej skórce, jest mi niedobrze i nie mogę wyrzucić z głowy obrazu tych pleców z tymi dziurami, który się pojawia po kliknięciu w grafikę w googlach. Wiecie kiedy ja to odkryłam? Kilkanaście lat temu, kiedy pojechaliśmy z rodzicami nad morze i na plażę przechodziliśmy przez jakiś Ośrodek Olimpijski, na terenie którego rosły takie dziwne brzozy… chyba to były brzozy. Ale nie były takie piękne jak te moje ukochane, biało czarne, tylko miały taką podziurawioną w regularny sposób korę. OKROPIEŃSTWO! Bałam się tych drzew. Rodziły we mnie odrazę i lęk. Podobnie mam z wszelkimi gadami i płazami. I wiecie… żyłam tak sobie w przeświadczeniu, że to po prostu kolejna cecha, która potwierdza, że jestem dziwna, aż tu kilka miesięcy temu, gadamy sobie na planie z moją ekipą i tak jakoś, schodzimy na temat strasznych rzeczy, które obrzydzają (wieeecie, typowa rozmowa w pracy) :) i Miłosz nagle NAZYWA MOJĄ FOBIĘ i mówi, że takich ludzi jest więcej. I… wrzuca hasło do googla i… wiecie co zobaczyłam dalej (o matuszko… znów mi się robi gęsia skórka… brrr). Podobno to jest zdrowy odruch… ale ludzi prehistorycznych :) Chodziło o to, że trujące rośliny i zabójcze zwierzęta miały na sobie właśnie takie dziwne faktury. Mam w głowie odruch obronny przed zagrożeniem patrząc na takie rzeczy :) I tak wiecieeee, dodam jeszcze, że NIGDY NIE ZAŁOŻĘ NIC z wężowej skóry, obrzydzają mnie torebki imitujące skórę krokodyla a jeśli chodzi o panterkę… to też taka dziurowata dla mnie za bardzo. Nie czuję mody na ten motyw :)

Gdybym miała jeść przez całe życie jeden rodzaj pożywienia byłyby to…

Muszę się przełączyć na coś przyjemnego bo po prostuuuu, nie dokończę wpisu :) A jeśli coś przyjemnego to… ZIEMNIAKI :) A jeśli ziemniaki to robione przez Maćka :) Z MASEŁKIEM. PUREE MAĆKOWE LOVE :) Co prawda frytki smakują mi bardziej z batatów a od chipsów wolę chrupki kukurydziane więc te ziemniaki pomimo, że można z nich wyczarować kilka kultowych przysmaków, dla mnie, istnieją tylko w jednej formie – MAĆKOWEGO PUREE :) Nikt na świecie nie robi ziemniorów lepiej niż mój prywatny małżonek. Żadne babcie, teściowe, mamy… Maciej nasz dziewczyny :) Może go kiedyś namówię na jakieś spotkanie na stadionie narodowym na przykład… zaserwuje nam wszystkim ZIEMNIORA :)

Nie potrafię spacerować

Jak ziemniaki to obiadzio. A jak obiadzio, to dla zdrowotności wypadałoby się po obiadziu przespacerować. A ja… ja tak wyjść, żeby po prostu iść, bez celu to NIE UMIM :) Ja mogę pójść specjalnie pieszo do sklepu na drugim końcu miasta, żeby się poruszać. Mogę pojechać 70 km rowerem do mojej babci, ale wiecie, ja muszę iść/jechać/biec „DO” albo „PO” :) Nigdy „TAK O” :) Ja jestem człowiek czynu. We wszystkim co robię muszę mieć cel. Musi to mieć sens. Dlatego noszę opaskę, która liczy moje kroki. Bo dzięki niej, idąc na spacer ROBIĘ KROKI :) Czyli już wyszłam PO COŚ :) I wiecie, ja się będę zachwycała wszystkim dookoła jak wyjdę. Ja od śpiewu ptaków powędruje myślami do stworzenia świata i rozkminy na tematy religijno – filozoficzne :) Jako nadwydajna mentalnie (tak… dowiedziałam się o moim przekleństwo-błogosławieństwie jakiś czas temu) z takiego spaceru wyniosę milion razy więcej niż mój wyluzowany i skupiony na samym spacerowaniu Maciej :) Tylko żebym ja na ten spacer wylazła… tak bez celu… TO JEST WYZWANIE :)

Nie lubię czerwonych róż

To znaczy wiecie… są piękne. I w ogóle kocham róże. Aaaale wolę różowe. A jak mi Maciek kupuje kwiaty to wie, że najchętniej pomieszanie takiej bladej, pomarańczowej czerwieni (oby nie krwistej), żółtego i różu w dwóch odcieniach. Bukiety dla mnie to wyzwanie. Aaaale, muszę Wam powiedzieć, że Maciek na kwiatuchcach dla żony już się poznał. I jak raz powiedziałam, na początku naszej znajomości, że 7 czerwonych róż jest dla mnie oklepane i go totalnie nie czuję, tak leci nam 8 rok naszej znajomości i czerwone róże owszem, dostałam, ale w wersji bukietowej, z innymi kolorami kwiatów :)

Kocham grać w karty – jestem mistrzem w tysiąca :)

Jak dzisiaj jakoś tak się składa, że same superlatywy dla tego naszego Macieja tak muszę się pożalić… Dziewczyny! On nie potrafi grać w tysiąca! W ogóle moja teściowa nie lubi gry w karty. Nie wiem o co chodzi. Z czymś negatywnym jej się to kojarzy. I Maciek, w szachy i warcaby owszem, ale w karty już z rodzicami nie grywał. A ja, na każde wakacje cieszyłam się najbardziej nie z basenów czy morza, tylko z tego, że rodzice będą mieli czas pograć z nami na kocu (za parawanem ofc. :P) W KARTY :) Tak się wyszkoliłam, że w tysiąca tłukłam jako gimnazjalistka (znów to gimnazjum) ludzi na KURNIKU :) Pamiętacie KURNIK? :) To była moja rozrywka :) Kurnik, Tysiąc i jazda :) Mój teść dobry w tysiaka jest. Przynajmniej z nim można pograć :) Ej! A może na tym stadionie jak się spotkamy to oprócz jedzenia ziemniorów pykniemy jakiś turniej w tysiączka? :)

Miałam zabrane prawo jazdy

Uuuuu… grubo co? Prowadziłam pod wpływem… ziemniaków :) Nie! PO ZIEMNIAKI gnałam do sklepu niech będzie :) I z głodu mi noga jakoś tak ciężko na gazie siedziała :) Nie no… dziewczyny. Ja należę do tych kierowców, którzy radzą sobie dobrze. Nie boją się. Kilometrów w życiu zrobiłam maaaasę. Wyjeździłam się po Europie w tę i nazad. Ale czasem trafi się taka historia jak meeeega opóźnienie do lekarza, który albo przyjmie mnie dzisiaj, albo za 2 miesiące i pod własnym domem, na drodze znanej jak własną kieszeń, trochę za mocno się przyciśnie. Niby jeszcze zabudowany, ale już pusto… prosto… NO ZDARZA SIĘ… że się policja ustawi tak, że ZA CHINY LUDOWE nie powiedziałabym, że to policja :) Ja się dziewczyny tak spieszyłam wtedy, że jak mi powiedzieli, że 104 jest więc o 5 km przekroczyłam magiczną granicę to ja im zadałam tylko 2 pytania: Pierwsze – czy ja mogę jeszcze dzisiaj do lekarza pojechać? I drugie: Czy możemy szybciej te procedury bo ja serio się spieszę :)

No i tak się stało dziewczyny moje kochane, żem przez 3 miesiące do kościoła w niedzielę taksówką się woziła :) Pierwszy miesiąc jakoś tak mi minął na spoko. Pracuję z domu więc nie miałam problemu z dojazdami. Drugi już troszkę doskwierał, bo musiałam przychodzić w łachę do Maćka, żeby mnie woził jak sobie coś wymyśliłam. A trzeci… o matko dziewczyny, trzeci miesiąc to już była katorga. Już odliczałam dni :) I od tamtej pory, 60 i nie więcej. I bardzo dobrze. To była nauczka dla mnie. I wierzę w to, że uchroniła mnie przed jakąś większą tragedią. Nic nie dzieje się bez przyczyny. A ja, mogę tylko podziękować za to, że nauczką było zabranie prawka, a nie wyrządzenie komuś krzywdy.

UFFF… Na dzisiaj chyba skończymy te moje dziwactwa co nie? Piszcie w komentarzach na FB czym Was zaskoczyłam, w czym jesteśmy podobne a czym TOTALNIE się różnimy. Dawajcie na ploty :) Post TUTAJ :)