ZASADA 5L 😎 czyli jak żyć na wysokich obrotach i nie zwariować❓

ZASADA 5L 😎 czyli jak żyć na wysokich obrotach i nie zwariować❓

Ostatnio zrobiłam z dziewczynami serię pytań i odpowiedzi na stories. Oprócz pytania o to na kogo głosowałam w wyborach najczęściej pojawiało się pytanie JAK TY TO WSZYSTKO OGARNIASZ?! Zrobiłam ankietę z pytaniem o to, czy dziewczyny chcą wpis, w którym będę się mogła bardziej rozwinąć. 98% zaznaczyło PISZ! No tooo… piszę :) Jak daję radę być matką i żoną jednocześnie tyle pracując i tworząc? Jest taka zasada, którą stosuję. Zasada 5L. Sama ją sobie wymyśliłam. U mnie działa. I nawet jeśli nie prowadzisz dodatkowego biznesu poza biznesem o nazwie DOM, wierzę, że Ci pomoże. Jest UNIWERSALNA dla każdej z nas.

Dużo się w moim życiu dzieje. Widzisz to chociażby po moich storiesach. Co chwilę nowy film, parodia, wpis na blogu. Kampanie reklamowe te mniejsze, które dzieją się u nas i te większe, gdzie na przykład witamy Cię z Milenką z witryn sklepowych albo polecamy dobre jedzonko w gazetkach sklepowych…  I 5 tych tajemniczych projektów owianych tajemnicą :) No doooobra… będzie spojler w tym wpisie. Nie wytrzymam, muszę się w końcu wygadać :)

To co? Jedziemy z naszym 5L :)

Ludzie listy piszą

Tylko wiesz jakie listy? Takie DO ZROBIENIA! :) Po pierwsze – taka lista USPOKAJA GŁOWĘ. Spisując wszystko daję sygnał do mózgu, że temat jest zaopiekowany. Nie mielę go w głowie podświadomie żeby przypadkiem o nim nie zapomnieć bo już go sobie zapisałam. To jedno. Po drugie – widząc listę mogę szybko ustalić co jest najważniejsze, co najszybsze do zrobienia. Oszczędzam dzięki temu czas na miotaniu się i zastanawianiu co ja takiego jeszcze miałam zrobić. Z tego też wynika „po trzecie”. Otóż widząc, że lista się kurczy wyłączam stres, że „jeszcze tyle do zrobienia”. Z każdym skreśleniem czuję, że OGARNIAM. Listę można robić sobie w stałym miejscu, na papierze. Mój Maciek na przykład lubi sobie spisywać te wszystkie rzeczy na liście przyczepionej do lodówki. Do lodówki zaglądamy kilka razy w ciągu dnia. Nie da się przeoczyć wiszącego na niej kawałka papieru :)

Ja korzystam i z formy papierowej i elektronicznej. Cały mój biznes opiera się na listach elektronicznych. mam już wypracowany system, dzięki któremu ogarniam jaki projekt na jakim etapie aktualnie się znajduje. Fajnie jest też od czasu do czasu sobie taką listę rozwinąc i zobaczyć ILE już się zrobiło. To zawsze takie przyjemne uczucie, że idziemy do przodu :) Mam też listę rzeczy do zrobienia, którą widzi Maciek. Wpisuję tam wszystko co mamy do ogarnięcia. Załatw papiery do aktu notarialnego. Zapisz się do fryzjera. Kup Matiemu piżamę. Skocz do sklepu po pieluchy dla Milenki. Zrobione? Pyk i znika z listy :) Mogę Ci też podpowiedzieć fajną apkę. Nazywa się Trello. To tak niezależnie od tego jaki masz telefon. Możesz sobie takie listy współdzielić z mężem, z kim chcesz. Ja się do tej apki przymierzam, bo współpracuję z coraz większą liczbą osób. Coraz więcej zadań zlecam żeby móc zająć się tym co kreatywne. Ale serio… kartka i długopis w zupełności wystarczą :)

Do tego wszystkiego przyda się kalendarz. Ja używam dwóch. Takiego w telefonie, gdzie zapisuję sobie datę i godzinę na bieżąco np. w salonie kosmetycznym kiedy umawiamy się na kolejne uzupełnianie rzęs. Trening z trenerem. Grill ze znajomymi. Ale tak czy siak, przenoszę to wszystko na wersję papierową kalendarza A4, który leży na moim biurku. Taki szybki rzut oka na kolejne 30 dni pozwala mi zaplanować kiedy wrzucić kolejną parodię. Kiedy nie zobowiązywać się do oddania jakiegoś materiału bo akurat mam wizytę u lekarza itd.

Nie wiem co czujesz czytając to wszystko. Może i groźnie to wygląda. Może myślisz sobie, że to planowanie musi zajmować kupę czasu, ale wierz mi – to właśnie czas DAJE :)

Luz na szpuli

LUZ MATKO! Mówię Ci LUUUZ :) Nie jesteśmy robotami. Jeśli danego dnia musisz pojechać po zakupy na cały tydzień, nie spinaj się zostawiając w domu stertę prania do prasowania. To, że coś jest do zrobienia NIE OZNACZA, że musi być zrobione już teraz. Jeśli zaplanowałaś sobie mycie okien i trzepanie dywanów w całym domu, nie planuj, że zrobisz rodzinie 2-daniową ucztę na obiad. W ogóle totalnie odpuść sobie gotowanie w takim dniu. Ja na przykład mam w szafce zapas dań gotowych. Część zrobiona przeze mnie, część półproduktów w stylu sosów do ryżu a część w saszetkach, takich, które wrzucasz na 2 minuty do mikrofali albo na 5 minut na patelnię i masz gotowy, pełnowartościowy obiad, który smakuje tak samo jak ten, który przygotowywałabyś sama biegając pomiędzy garami a kolejnym oknem :) Łowicz ma świetne dania gotowe z super składem. Bez konserwantów, bez polepszaczy smaku. Risotto albo kaszotto. Kasza pęczak, gryczana, bulgur. Każde danie z innymi dodatkami. Ja mikrofalówki nie mam. Wrzucam na 5 minut na patelnię i po chwili mam obiad. Szybko, łatwo i smacznie. Czasem jest tak, że nagotuję sobie cudów na cały tydzień w sobotę i później tylko wszystko rozmrażamy i jemy a czasem jest tak, że mi się po prostu NIE CHCE. Bo mi się chcieć NIE MUSI. Ileż można stać w tych garach i mieszać. A to jest normalny, smaczny obiadek, który jest oznaką sprytu – nie lenistwa. Maciek uwielbia kaszotto z grzybami a w risotto z suszonymi pomidorami nawet toleruje jarmuż, którego w innej postaci nie tyka :) Ja oddałam serce kaszy bulgur z papryką i fasolą. Milenka uwielbia jęczmienną z fasolką, groszkiem i kukurydzą a Mati zajada się risotto po tajsku. I wiecie co jest fajne? Każdy je to, na co w danym momencie ma ochotę. U nas dni, w których jemy dania gotowe to uczta i rozpusta :) Restauracja w domu :)

Lady multitaskerka

Tu najlepszym przykładem będzie akurat gotowanie. I dwa rodzaje kucharzy :) Kiedy do kuchni wchodzi Maciek, obiad jemy w towarzystwie zawalonej brudnymi garami i obierkami kuchni. Sprząta później. Kiedy do kuchni wkraczam ja, jedno się robi, drugie się sprząta :) Prasując, rozmawiam przez telefon. Jadąc samochodem wymyślam nowe parodie… albo je ćwiczę :P (mam już gdzieś spojrzenia innych kierowców – multitasking bejbe! I dobra akustyka w samochodzie :P). Kiedy obrabiam zdjęcia do wpisu słucham podcastów i audiobooków. Kiedy bawię się z Matim, wymyślam zabawy w sprzątanie na czas, albo po prostu wkręcam go w DOROSŁE CZYNNOŚCI typu wstawianie prania, mycie okien, wyrywanie chwastów z rabatek :) Dopóki jest wkręcony w bycie dorosłym – wygrywam :) Mati ma radochę i poczucie robienia czegoś ważnego a ja… oszczędzam czas :)

Wiesz co jeszcze robię? Układam wszystkie rzeczy, które nie są na swoim miejscu na schodach. Kiedyś Ci o ty mówiłam, ale muszę się powtórzyć bo to super patent. Zabrudzonej bluzeczki Milenki nie rzucam w kąt salonu ani też nie biegnę z jedną rzeczą na piętro, do kosza na brudne ciuchy. Układamy te wszystkie rzeczy do wyniesienia na schodach (jeśli jesteśmy na parterze) albo na tej niebieskiej komodzie w korytarzu (jeśli coś z góry ma przenieść się na dół). Butelki po kaszy, zużyte pieluszki, metki od ubrań, talerze po wieczornej kolacji Matiego w jego pokoju, wszystko na komodę. Schodzimy rano na dół i znosimy te rzeczy. I ja i Maciek. Podobnie robimy wchodząc po schodach na górę. Zawsze się coś z tych schodów podniesie i zaniesie przy okazji. Mega patent nie tylko na oszczędność czasu ale i na porządek :)

Lubię to co robię

To jest kurczę podstawa. I znów chciałabym zauważyć, że nie jest ważne CO ROBISZ. Jeśli spełniasz się jako house managerka – good for you! Jeśli tylko robisz to z przekonania, a nie dlatego, że np. słuchasz się teściowej, która twierdzi, że dobra matka to poświęca się wychowaniu dzieci a nie lata gdzieś po biurach za karierą. Znowu odwrotnie… jeśli poszłaś na etat tylko dlatego, że nie chcesz być gorsza od koleżanek, które oddały swoje dzieci do żłobków i poszły do pracy… teeeż kicha. Najważniejsze to robić to co czujesz, że robić CHCESZ. W przeciwnym wypadku na nic te wszystkie punkty, które Ci tu wypisałam. Wiem co mówię. Mnie sytuacja zmusiła do powrotu na etat po macierzyńskim z Matim. Chcieliśmy dostać kredyt – do tego potrzebny był mój etat bo Maćkowy nie wystarczał. No i tak się męczyłam równe 8 miesięcy. Przed ciążą czułam moją pracę całym sercem. Niestety rola mamy (i to blogującej) zwyciężyła :) W sumie to stety :) Nie wyobrażam sobie już powrotu na etat. Chociaż wiele moich znajomych mam do niego tęskni i czeka tylko do końca macierzyńskiego. Co kto lubi. Ale ważne, żeby ten ktoś, to co lubi… ROBIŁ.

Tworzenie tych wszystkich filmów, parodii, śmiechowych zdjęć, rozkminkowych wpisów, hauli zakupowych… JA TO LUBIĘ. I nie, nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jeśli Twoja pasja jest Twoją pracą to nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu. Będziesz pracować. Może nawet więcej energii i czasu Ci to zajmie niż praca na czyjś rachunek, ale… widzę sama po sobie, że kiedy mam do zrobienia np. część papierkową, kiedy muszę rozwalić sobie cały dzień jadąc na spotkanie na drugi koniec Warszawy a mogłabym załatwić temat jednym telefonem… ROBIĘ TO Z TAAAAAKĄ NIECHĘCIĄ, TAK POWOOOLI, TAK TO ODCIĄĄĄGAM… A to też jest strata czasu w ostatecznym rozrachunku.

Widzę to szczególnie teraz, kiedy postanowiłam JESZCZE BARDZIEJ rozszerzyć naszą działalność. Na początku był sam blog czyli zdjęcia i teksty. Później jedna książka, druga… teraz tworzy się trzecia. Video w wersji mini fabułek. Video w wersji muzycznej. Kilka dni temu odpaliłam tik toka… to wszystko już wiesz. Ale od kilku lat, po głowie chodził mi jeszcze jeden pomysł. Chciałabym uzewnętrznić się przed Tobą jeszcze bardziej. Bo jak widzisz, te wszystkie rzeczy, które tworzę to cząstka mnie. Dlatego właśnie je lubię :) Bo ROBIĘ TO CO LUBIĘ :) No i właśnieeee… TWORZĄ SIĘ DWIE MARKI. Dwie! Bo jedna byłaby tylko częścią mnie… a właściwie to naszej rodziny :) Jedną poznasz już na dniach. Myślę, że kwestia tygodnia. Druga, obstawiam, że za miesiąc. W międzyczasie tworzę jeszcze e-book z fit słodyczami (jest już na finiszu), TIMA 2 i jeszcze jedna niespodzianka :) :) :) Pracuję od rana do nocy. Mój mózg cały czas MIELI :) Ale mieli to co lubi i to, co sprawia mu przyjemność :) I TO JEST WŁAŚNIE KLUCZ :)

Ja wiem, że łatwo jest mówić. Czasem okoliczności nie sprzyjają. Czasem trzeba zacisnąć zęby i wytrwać w takiej rzeczywistości jaką dookoła siebie mamy. Aleee… Ty będziesz czuła, czy tkwisz w niej bo aktualnie musisz, bo jest to część Twojego planu, bo trzeba to odbębnić, żeby zająć się czymś co kochasz, czy jednak żyjesz tak jak nie chcesz bo… [tu wpisz swoją wymówkę] :)

Leniwe weekendy

Bo regeneracja dziewczyny TO TEŻ JEST PRACA! I z tym nie ma żartów. Mówię to ja – człowiek, który z regeneracją miał na bakier przez większość swojego życia aż się wykoleił tak, że pewnego dnia nie miał siły wstać z łóżka. Co prawda z tego też wynikły dobre rzeczy bo tak się w temat wkręciłam i tak wyedukowałam, że aż książka z tego powstała, aleee Tobie tego wykolejenia nie życzę. I serio, jeśli masz problem z tym, żeby się porządnie wyspać (nawet kosztem weekendowego snu męża), albo z odmówieniem szefowi zabierania pracy do domu na weekend, albo chociażby tego, że skoro wolne od roboty TO TRZEBA SPRZĄTAAAAĆ to błagam, wytatuuj sobie głęboko w mózgu ODPOCZYNEK TO PRACA NAD REGENERACJĄ ORGANIZMU. Jeśli pracujemy na szybkich obrotach cały czas, przestajemy być produktywne. Jesteśmy rozkojarzone, senne… prokrastynujemy. Pisałam Ci o tym w mojej książce dużo więc tylko zagajam temat żebyś sobie tam dotarła i poczytała na nowo.

Ciekawostką jest to, że powinnyśmy odpoczywać odwrotnie do tego, co robimy na codzień. Czym się męczymy. Stąd moja niedzielna trasa 70 km rowerem, o której opowiadałam Ci wczoraj na IG. Ja męczę głównie mój mózg. Męcząc się fizycznie, odpoczywam. Jechałam kilka godzin. I wiesz co? NIE PAMIĘTAM o czym ja w tym czasie myślałam :) Byłam tak skupiona na wysiłku, że mój mózg przestał mielić cokolwiek :) Nawet to co mielić lubię :) Więc wiesz… taki „leniwy weekend” wcale nie musi być taki do końca leniwy jeśli czujesz potrzebę poruszania się. Ważne, żeby odpocząć od codzienności :)

Coś Ci jeszcze na koniec powiem… I mówię to jako totalny tytan pracy… Nie ma co tu owijać w bawełnę i ściemniać, że jest inaczej – znasz mnie. Wiesz, że ja najlepiej działam prowadząc 50 projektów jednocześnie, nie nadążam z realizowaniem nowych pomysłów i ogólnie… tak… taka jestem. Ale proszę, tak mega meeega poważnie (wiem, to dla mnie nietypowe więc poczuj powagę sytuacji) :) NIE LEKCEWAŻ OBOWIĄZKU ODPOCZYNKU. Sen – pierwsza i totalnie najważniejsza rzecz. Wolna głowa (przynajmniej w weekendy) – dwa. Zauważ, że ja w weekendy jestem offline. Nie ma mnie dla świata podczas gdy internet szaleje. No to skoro ja daję radę to i Ty dasz :) Jesteśmy ulepione z tej samej gliny. ODPOCZYNEK I SEN. Pamiętaj :)

PS. Jeśli jeszcze Cię nie przekonałam do obowiązkowego odpoczynku to teraz będzie walnięcie obuchem – CZY TY WIESZ, ŻE OTYŁOŚĆ MA ŚCISŁY ZWIĄZEK ZE ZMĘCZENIEM I ZŁEJ JAKOŚCI SNEM? BUM! :)