5 powodów, przez które NIE ZNOSZĘ jeździć z moimi dziećmi samochodem 🙄

5 powodów, przez które NIE ZNOSZĘ jeździć z moimi dziećmi samochodem 🙄

Kocham moje dzieci. Uwielbiam. Kocham też jazdę samochodem. Uwielbiam… tylko, żeee… kiedy jadę nim sama :) Wygodny fotel, ciepełko, muzyczka i… błogi spokój :) Jeszcze jak sobie człowiek po kawusię zajedzie to Paaaanie! Mogę tak jechać na koniec świata :)

Jazda z dziećmi jest… ciut innym doznaniem. No dobra… jest WYZWANIEM :)

Ja wiem, że najłatwiej byłoby zamontować po tablecie w zagłówku i olać sprawę, ale jak w domu dzieciaki baje oglądają tak w samochodzie nie ma opcji. Skoro ja, jako dziecko wytrzymywałam 10-godzinne trasy nad morze bez ekranu przed oczami to i moje dadzą radę. Może i kosztem naszego rodzicielskiego spokoju, ale z korzyścią dla oczu i mózgów naszych dzieci. DAMY RADĘ! JAKOŚ… :)

Mniamniama!

Nerwówka zaczyna się u nas jeszcze zanim ruszymy. Spakowałeś wodę? Spakowałeś chrupki? Spakowałeś pieluszki? Spakowałeś wózek? I pomimo, że na każde pytanie słyszę w odpowiedzi „TAK” to i tak muszę chłopa sprawdzić. Bo już nie raz jego „TAK” okazywało się na trasie „TO BYŁO SPAKOWAĆ!”. Nosz… ja miałam dzieci ubrać. Ty miałeś zająć się pakowaniem. Pytałam! Podpowiadałam pomiędzy jedną a drugą nogą od rajstopy co to brzuszka uciskać w foteliku nie będzie. Po co żeś „TAK” odpowiadał? BO MYŚLAŁEM, ŻE SPAKOWAŁEM! I koniec tematu. A teraz Ty matko wykręcaj tą szyję swoją biedną i tłumacz 6-latkowi, dlaczego nie ma jego kierownicy, w międzyczasie szukając na mapie, gdzie kupisz małej Maszy „MNIAMNIAMA” na trasie. Bo bez „MNIAMNIAMA NIE MA JAZDY”!

Śpiewasz matka!

Jak już zaspokoisz pierwsze potrzeby towarzystwa w postaci bufetu przewoźnego i kierownicy z Twojej opaski do włosów, która jeszcze przed wyjściem, tak pięknie babyhairy trzymała, nagle okazuje się, że się towarzystwu nie podoba repertuar w radio i albo im puścisz w tym momencie Cebulę Celestynę albo koniec z Tobą matko! Dobra. Dawaj szukać płyty w stercie rzeczy niepotrzebnych w schowku. Jest! Jest i Cebula Celestyna. Na 30 sekund. Ulubiony moment minął. Teraz szukaj matko Ananasa Andre. I śpiewaaaaj! Śpiewaj „aaaaaaa, Ananas, Andre!”… nie jednak lepsze było „Jeeeestem Cebulą Celestyną, aaaa ceeeebule z tego słyną…” Dawaj matka Cebulę albo zrobimy Ci z tego samochodu jesień średniowiecza! I tak przez kolejnych 300 km…

A nie przepraszam! Żeby na śpiewaniu się kończyło to by było dobrze. Mózg przestaje w końcu odbierać bodźce inne niż imiona warzyw z płyty, głos przestawia się na tonację Kukulskiej w Fasolkach i jakoś to będzie. Jakoś dotrzemy… do momentu, w którym starszak stwierdza, że „JESTEM GŁODNYYY”.

Parówka!!!

Kanapka nie pasi. Jabłuszko nieobrane to się wypchaj z takim matko. Chrupki? Już mu nie smakują. ON CHCE HOTDOGA! I to jest ten moment, w którym zagrożona jest kolejna rocznica ślubu… bo miłość do męża pryska. Bo to mąż. To on. Złoczyńca ten. Pokazał starszakami co to jest parówka ze stacji z sosem czosnkowym i keczupem. To mąż dziecko nauczył, że jak widzi głowę białego ptaszka na czerwonym tle to znak, że trzeba zrobić aferę, bo TAM JEST PARÓWKAAAA! I możesz sobie matko wtedy cudować, tłumaczyć, opowiadać o dobrodziejstwach marchewek co to je w słupki przed wyjazdem kroiłaś. Marchewkę sobie zjedz sama. A chłopom daj parówkę.

Zajeżdżamy na stację. Wylatuję bez kurtki, bo kochany mąż mi na szybko do bagażnika wrzucił – KOMPLETNIE NIE PRZYPUSZCZAJĄC, że może mi się przydać, chociaż nasza podróż ZAWSZE wygląda tak samo. No nic… i tak szyja już pokręcona od odwracania się do towarzystwa co 3 sekundy. Niech ją jeszcze przewieje do kompletu. Tradycja taka moja, przedświąteczna.

Siu-Siu

Wbiegam na stację. Kupuję 2 hot-dogi i butelkę wody z dziubkiem. Mój stały numer na zajęcie Milenki, podczas gdy Ci dwaj będą deptać moje starania o bycie EKO-FIT-HEALTHY MATKĄ ROKU. Zastanawiam się przez chwilę, czy kupić sobie kawę, ale w sumie ciśnienie mam już na takim poziomie, że kawa mogłaby mnie zabić. Wracam z polowania do mojego stada. Wyjeżdżamy. W samochodzie błoga cisza przerywana ćlamaniem starszaka. Niech ćlamie. Lepsze to od koncertu życzeń przerywanego śpiewami o Grzybie Gwidonie. Cisza… ach…

I w tym momencie słyszę cichutkie „siu-siu”… które wcale samego „siu-siu” nie oznacza. Milenka „siu-siu” mówi na ten grubszy temat :) No pięknie. A my na autostradzie. Następny zjazd za milion kilometrów. Zimnica na dworze… luuuuudzieee!!! No dobra. Trzeba jakoś zawrócić…

Największy poszkodowany

I wtedy, spomiędzy kęsów swojego okrutnie pachnącego hot-doga, który wierci mi od 10 minut dziurę w brzuchu, odzywa się jaśnie mąż – wielce umęczony podróżą kierowca, który do tej pory otworzył usta tylko po kolejny kęs parówy. A nie, przepraszam, jeszcze przemówił wtedy, kiedy ktoś jechał wolniej środkowym pasem, a przecież mógł zjechać na prawy. Dla dobra tego tekstu nie przytoczę jego egzotycznej wypowiedzi…

No więc co wielce umęczony mąż stwierdza? O BOOOŻE TERAZ MUSZĘ SZUKAĆ ZJAZDU…

… O rzesz TY!!! … TĘ CZĘŚĆ MOJEJ HISTORII DOPOWIEDZ SOBIE SAMA … :)

Wyjeżdżamy ze stacji. Milenka przewinięta. Nakarmiona przy okazji, bo na Spokoik trafiliśmy to można było też w spokoju podgrzać słoiczek i nakarmić malucha. Matka odstresowana, wyciszona, gotowa na dalszą podróż przez przestworza autostrady. Ahoj przygodo! Chwilo trwaj! Kocham Cię życie! I co tam jeszcze tylko…

A skąd ten nieoczekiwany zwrot akcji? Ach, taki tam… szczególik. Mała różnica. Zamiana malutka. MIEJSC. Teraz to JA JESTEM KIEROWCĄ :) Teraz to JA muszę się skupić na drodze. JA nie mogę się odkręcać do dzieci. JA jestem najważniejsza i to o MÓJ spokój zadbać należy. A Ty drogi mężu… śpiewaj o Cebuli. I ćwicz skręty szyi. I tak masz dobrze, bo dziecko przewinięte i nakarmione. Z resztą sobie jakoś poraaaaaaadzisz :*

Przy okazji tej opowieści chciałabym Ci opowiedzieć o super inicjatywie, która powstała, żeby te nasze matczyne podróże nieco ułatwić. Żeby chociaż jeden punkt z tego jakże prawdopodobnego i powtarzalnego scenariusza wyglądał inaczej niż przewijanie dziecka na kolanie, w samochodzie, albo przy dobrych wiatrach w damskiej toalecie :)

PKN Orlen wraz z marką Pampers wziął sprawy w swoje ręce (na bank pomysł tego projektu pochodzi od jakiejś pracującej tam matki). Już ponad 40 stacji w Polsce jest wyposażonych w oddzielne pokoje dla opiekuna z dzieckiem – przytulne pomieszczenia z wesołymi malunkami na ścianach i potrzebnym do „obsługi” dziecka wyposażeniem. W środku znajdziemy przewijak z jednorazowym podkładem higienicznym, fotel do karmienia a nawet mikrofalówkę, w której możemy podgrzać słoiczek. Tatuś może sobie też hot-doga podgrzać :P, którego będzie musiał odłożyć na czas przewijania, bo do tego pokoju już mu głupio wejść nie będzie. Tu już wymówek nie ma. To nie jest toaleta damska z przewijakiem dla dziecka tylko pełnoprawne pomieszczenie dla RODZICÓW i dzieci. Rodziców, znaczy się… TATUSIÓW również :P

W tym wpisie wrzucam Ci zdjęcia z jednego z takich pokoi. Ten akurat jest na świeżo wyremontowanym PKN Orlen w Płocku :)

Good Job! Oby więcej takich Pokoi dla Opiekuna z Dzieckiem pojawiało się na mapie Polski. I oby więcej kobiet robiło prawo jazdy :) Żeby tatusiowie mogli się wykazywać podczas jazdy, zamiast nich :P Równouprawnienie HA!