Nasze Medjugorje [na własną rękę z przewodniczką nie z tego świata 😉] cz 1

Nasze Medjugorje [na własną rękę z przewodniczką nie z tego świata 😉] cz 1

W sumie to ta nasza przewodniczka z tego świata była, ale kiedyś :) I wierz mi… ja na słowa „Jedziecie do Medjugorje? O nic się nie martwcie – Maryja o wszystko zadba” reagowałam bardziej niż sceptycznie :) W ogóle nie czułam, żeby mnie tam Maryja osobiście zapraszała. Ja po prostu czułam, że „powinnam”. Teraz, z perspektywy czasu stwierdzam, że moje „powinnam” to właśnie było to zaproszenie :) Ale od początku…

Do Medjugorje miałam od lat stosunek negatywny. Gdzieś przeczytałam, że trzeba uważać, że to są zwiedzenia szatańskie. Że to nie Maryja się tam objawia. W ogóle jeszcze 5 lat temu uważałam, że Maryja to taki dodatek do Jezusa a w sumie to Jezus… po co mi Jezus skoro on jest Synem a wiadomo, że od Syna ważniejszy jest Ojciec… no po kiego grzyba mi tylu pośredników? No… to tak w skrócie. Kto ma zrozumieć ten zrozumie :) Pozwalam się ze mnie śmiać :P

W 2017 roku napisała do mnie Ania. Ania, z którą rozmawiałam ze 2 razy w życiu. Sama była zdziwiona, że to w ogóle pisze, ale… była w Medjugorje i tam właśnie miała taką myśl, żeby przywieźć dla mnie stamtąd bransoletkę – różaniec. Z WYGRAWEROWANĄ DEDYKACJĄ „DLA MALWINY”. Kurczę ja się wystraszyłam jak mi napisała, że coś dla mnie ma stamtąd. Myślę sobie… szatan mnie ściga! Co robić? Ano to co zwykle robię czyli… napisać prawdę :)

Ani się zrobiło przykro, wiem to. Nie znałyśmy się praktycznie, ale to było po tych literkach widać (tak wiem… wierz mi – ja to widzę) :) Napisała mi wtedy co o Medjugorje powiedział Jan Paweł II. To było takie pierwsze, symboliczne wbicie kilofa w lód, który miał pękać przez kolejne 4 lata.

Dziwnie tak się złożyło, że z miesiąc wcześniej miałam taką jedną, jedyną modlitwę, w której zwróciłam się do Maryi. Nie mogłam zajść w ciążę. Tę historię pewnie znasz. No i wiesz też, że Milenka ma na drugie imię Maria :) Gdyby można było Maryja to bym jej dała Maryja, no ale… jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma :) Kiedy Ania wiozła mi bransoletkę prawdopodobnie byłam już w ciąży z Milenką, ale jeszcze o tym nie wiedziałam :)

Od tej historii z bransoletką, Medjugorje wracało do mnie co jakiś czas a to w książkach, które czytałam, a to w wypowiedziach księży, których cenię. Ja jednak tę myśl odkładałam ciągle na później. Maryja musiała do mnie przyjść aż pod płot! No mówię Ci! Moja sąsiadka (ta od dziewczynek, z którymi Milenka chodzi do przedszkola a weekendami przebiera się za księżniczki) powiedziała mi, że chciałaby pojechać do Medjugorje. Tak się złożyło, że dosłownie wieczór wcześniej trafiłam na film na YT z relacją stamtąd. Tak mi się sam podpowiedział :) Zasnęłam, obudziłam się, poszłam na kawkę do sąsiadki a ta do mnie, że chce do Medjugorje :) No… i tak to właśnie „powinnam tam pojechać” :)

No dobra, tło mamy nakreślone. Miejmy nadzieję, że teraz będzie z górki :)

Najpierw mieliśmy jechać pod koniec maja, ale nie wyszło. Pojechaliśmy wtedy zamiast do Medjugorje na 24 godzinną Mękę Pańską do Świętej Wody. Sami z Maćkiem. Najpiękniejsze 24 godziny mojego życia. Ale o tym może innym razem bo znów odbiję od głównego wątku :) Noooo to jedźmy w sierpniu. Ostatni tydzień sierpnia. Teraz albo nigdy. Mieliśmy pojechać we czwórkę, razem z mężem Diany, niestety w ostatniej chwili zatrzymały go biznesy. Diana wahała się co zrobić, ale ostatecznie postanowiła jechać. Kiedyś ją namówię na wywiad tutaj na blogu, żeby Ci opowiedziała swoje przeżycia, ale dzisiaj skupimy się głównie na nas, żeby od razu nie powstała z tego książka :) Znasz moje możliwości :) A już czuję, że nabrałam wiatru w żagle więc PILNUJ MNIE! :)

Wyobraź sobie, że dwa dni przed wyjazdem Milenka dostała temperatury. W ciągu dnia wszystko okej, w nocy temperatura, rano znów okej, na wieczór znów temperatura. Dziecko było normalne a kiedy wchodziła temperatura po prostu szło spać. I tyle z jej chorowania. No, ale sorry… temperatura jednak jest. No i co teraz? Co robić? Myślałam już, że nie pojedziemy, ale moja mama z totalnym spokojem mówi: „Jedźcie – to jakaś trzydnióweczka. Przeciwgorączkowe leki w razie czego to i ja mogę podać”. Okkkkeeeej. JEDŹMY.

Na 3 dni przed wyjazdem zapytałam moich dziewczyn na storiesach o jakieś podpowiedzi. Bo ja oprócz tego, że Medjugorje jest w Bośni i Hercegowinie a nie Chorwacji (bhawo ja) nie wiedziałam NIC :)  Dziewczyny powiedziały, żebym kupiła wygodne buty (dzięki! przydało się!) i żebym się odezwała do Kasi (i tu podaję Ci ważny link), która prowadzi na IG konto #CzasyMaryi o tutaj. Kasia a swoim IG ma sporo relacji z Medjugorje i że tak to ujmę „siedzi w temacie” :) Pogadałyśmy sobie prywatnie, podpowiedziała mi co nieco i znów przeczytałam coś w stylu „Skoro jedziesz do Medjugorje to znaczy, że zaprasza Cię Maryja – ona Ci wszystko zorganizuje”. Okkkkeeeej… Fajnie, że mi chwilę przed wyjazdem zorganizowała Ciebie Kasiu :)

Wyjechaliśmy we czwartek rano. Droga z Warszawy samochodem jest kapitalna. Właściwie to nie staliśmy w żadnym korku, oprócz warszawy rzecz jasna :) Cały dzień jechał Maciek, ja siadłam za kółko wieczorem. W sumie 16-17 godzin jazdy razem z krótkimi postojami na siusiu i szamę :) Oczywiście jak usiadłam ja, to musiało zajść słońce i rozpadało się tak, że ledwo widziałam drogę, ale ja jestem do takich przebojów przyzwyczajona. To jest takie moje indywidualne prawo Murphy’ego :) Dopóki nie prowadzę – droga jest prosta i szeroka. Siadam za kółko – zaczyna się masakra :) I tak dobrze, że nie przyszło mi jechać krętą, górską drogą z przepaścią za oknem albo w towarzystwie płonących lasów tak jak to miałam szczęście zaliczyć w Grecji :) Wszystko giiit. Wesoła pielgrzymka mknie do przodu :)

Około 4 rano dotarliśmy na miejsce. Celowo opuszczam tu wątek braku dokumentów samochodu na granicy, który miał nas zawrócić do domu po 16 godzinach podróży. Pewnych historii po prostu publicznie opowiedzieć nie mogę, ale wierzcie mi – było gorąco.

Nasz hotel okazał się strzałem w 10. Jest na przeciwko kościoła. Przechodzisz przez pasy i jesteś w kościele świętego Jakuba (jedynym w Medjugorje). Hotel nazywa się DUBROVNIK (o tutaj Ci wrzucam link do niego).

Jeszcze w temacie hoteli to Ania (ta Ania od bransoletki) też mi podpowiedziała hotel. Nazywa się HOTEL WOJTYLA (tutaj link). Wygląda na ładniejszy, też jest blisko kościoła i to był nasz pierwszy cel, ale nie było tam już miejsc. Także to są dwa hotele sprawdzone, które mogę Ci polecić :) Ale tych hotelików jest maaaasa.

I teraz już wiem, że są dwie opcje. Albo śpisz blisko kościoła, albo blisko PODBRDO (wioska z Górą Objawień) i KRIŻEVAC (Góra Krzyżem i Drogą Krzyżową). Moim zdaniem lepiej być bliżej kościoła bo tutaj będziesz każdego dnia na mszy, adoracji, spowiedzi itd. Ale tak czy siak możesz wybierać się na dłuższe spacery albo jeździć taksą (tanio jest – luz). My na Górę Objawień i Drogę Krzyżową szliśmy razem a ostatniego z racji napiętego harmo wzięliśmy już taksę. Jak będziesz na terenie kościoła, zajdź sobie do punktu informacyjnego. Tam dostaniesz mapkę, dowiesz się kiedy i w której kaplicy są msze święte po polsku.

PRO TIP 1 :)  w informacji jest koszyk. Możesz napisać list do Maryi i zostawić go w tym koszu. Zostanie przekazany widzącym a widzący przekażą go wiadomo już komu :) Ja swój napisałam. Zostawiłam. I wiem, że trafił bo czuję w sercu, że to o co w nim poprosiłam zostało wysłuchane :) A ja jestem z tych co nie bardzo lubią prosić kogokolwiek o cokolwiek więc to już jest wielka łaska :)

PRO TIP 2 :) warto kupić na miejscu (jest cały pasaż sklepików z dewocjonaliami… co ja mówię ULICA CAŁA!) radio. Na tym radyjku, po ustawieniu odpowiednich częstotliwości, będziesz słyszeć tłumaczenie mszy świętej na polski. Wszystkiego dowiesz się w informacji. Możesz też zabrać ze sobą radio z domu. Na pewno nie licz na internet i telefon – jego koszty są w Bośni kosmiczne.

PRO TIP 3 :) w sklepikach zobaczysz chusteczki po 1EURO. Wklejam Ci ich zdjęcie niżej. My nakupiłyśmy tych chusteczek z Dianą jak wariatki bo Diana gdzieś, coś usłyszała, że one są nasączone jakimś olejem, który używany z wiarą – leczy. A u nas chorych babciów i ciotków na pęczki w rodzinie to dawaj te chusteczki :) Na szczęście nasze dochodzenie wyprowadziło nas z błędu. Chusteczka Diany na pewno była nasączona, ale trzeba zrobić to własnoręcznie. Tylko gdzie i czym?

I teraz uwaga. Stojąc tyłem do ołtarza polowego, przed sobą masz alejkę z drzewami i pięknymi tajemnicami światła. Po 5 stacji skręcasz w prawo. Tam zobaczysz wieeeelką rzeźbę. Tak jakby krzyż leżący na ziemi a w pionie sam Jezus ukrzyżowany. Bardzo duża. Nie mam jej zdjęcia.

Z kolana Jezusa wypływa (nie wiadomo jak to zjawisko wytłumaczyć bo wypływać nic nie powinno) ciecz. I to właśnie do nasączania tym płynem/olejem są te chusteczki. My byliśmy przy tej rzeźbie 3 razy. I nie widzieliśmy nic. Ani kropelki. I już w dniu wyjazdu, kiedy stwierdziliśmy, że chociaż dotkniemy tymi chusteczkami kolana Jezusa no bo przecież się „zmarnują” nagle zobaczyłam kropelkę. Taką małą kropelkę, która stawała się coraz większa. Wytarliśmy ją i za chwilę pojawiła się kolejna. I kolejna. I to był dla nas szok totalny. Bo 2 razy wpatrywaliśmy się w to samo miejsce i nic zupełnie się nie sączyło.

Tak się złożyło, że kolejka, która się za nami ustawiła była z Polski. A nas te krople wydobywające się z tego kolana tak zaszokowały, że śmialiśmy się do siebie jak głupki i wycieraliśmy kolejne krople w te chusteczki… no nie wiedzieliśmy jak się zachować :) A pielgrzymka, jak później się dowiedzieliśmy uznała, że my tymi chusteczkami handlujemy :) Także tak :)

Kiedy odeszliśmy na bok i zaczęliśmy rozmawiać, podszedł do nas jeden z uczestników tej pielgrzymki i zaczął się pytać czy my tam coś serio widzieliśmy bo on nic a nic. I tak mi się go szkoda zrobiło, że tę jedną chusteczkę, na której miałam tę pierwszą kroplę, taką dla mnie symboliczną, oddałam jemu. I tak się nawiązała rozmowa między nami. On-sceptyk, myślał, że trafił na trójkę porąbańców, którzy wierzą w jakieś zabobony zamiast w siłę Eucharystii. My próbowaliśmy mu wytłumaczyć, ze my też z tych sceptycznych, ale jak widzimy na własne oczy coś, czego nie widzieliśmy do tej pory to nie da rady udać, że tego nie ma :) Pogadaliśmy sobie trochę i rozeszliśmy się w swoje strony. Chyba miał na imię Krzysiek. Pozdro Krzysiu, jeśli to czytasz :) Jak kiedyś trafisz na ten wpis odezwij się :) Z Krzysiem jeszcze się spotkamy w dalszej części naszej opowieści. Bo tu każdy dzień był powiązany z drugim. Nic nie działo się bez przyczyny. A najlepsze jest to, że pogoda miała być fatalna. 3 dni deszczu idealnie na czas naszego pobytu w Medjugorje. A podejścia na obydwie góry do najłatwiejszych nie należą (na przykład na Drogę Krzyżową już wiem, że Milenka jest za mała a wchodzenie z nią tam na rękach jest zbyt ryzykowne). No i wyobraź sobie, że owszem, padało. Ale dopiero w momencie, w którym schodziliśmy z gór :) I w tym momencie, ten deszczyk po tych kamiennych podejściach był jak najbardziej pożądany :) O patrz. Tutaj mam jakieś foto z podejścia na KRIŻEVAC. Oto i stylowa Malwinka – Pielgrzymka przycupująca na głazie w towarzystwie… głazów :)

Aaaaale jak już wejdziesz – radość niesamowita :) Zobacz jaki widok cudowny!

Kurczę… Właśnie do mnie dotarło, że nie ma szans żebyś dała radę przeczytać ten wpis w całości za jednym zamachem a ja nie dam rady Ci go napisać! Przecież ja Ci tu jeszcze nic nie zdążyłam przekazać a to już prawie 2000 słów!!! Może podzielimy to na części? Co myślisz? Taaaak, wiem, że się ze mną zgadzasz :) Obiecuję, że nie będzie tak jak z #BakuLoveStory :) Wracam z kolejną częścią na dniach :)

Zostawiam Ci tutaj adres strony internetowej, na której przeczytasz sobie więcej —> TUTAJ <— Jeśli chciałabyś pojechać, ale Cię po prostu na to nie stać, zajrzyj sobie do zakładki „zabierz mnie do Medziugorja”. Piękna inicjatywa :)