Co w dzisiejszych czasach przynoszą Bociany

Co w dzisiejszych czasach przynoszą Bociany

Kiedy miałam 6 lat doznałam olśnienia. Odkryłam, że nie przyniósł mnie bocian! Chwila ciszy, wiem, że właśnie próbujesz sobie przypomnieć jak to było z Tobą. Ciekawe, czy Ty też odkryłaś tą smutną prawdę w ten sam sposób co ja. Siedziałam sobie na „murku” przed domem. Na takim murowanym wysokim na metr czterdzieści domku, w którym mieszkał prąd. Na murek wchodziłam po ogrodzeniu, zawsze przerażona wysokością jaką pokonuję. I w pewnym momencie, kiedy zastanawiałam się dlaczego ja się w ogóle boję tej wysokości skoro ptaki latają jeszcze wyżej, podniosłam wzrok ku niebu i zobaczyłam… bociana.

Bocian leciał wysoko nad domami sąsiadów. Nie dotknął nawet czubka sosny, która moim zdaniem sięgała mniej więcej do chmur. Czyli był jeszcze wyżej! Milion razy wyżej niż mój murek. A przecież na murku już było tak strasznie… ale moja starsza sąsiadka Karolinka zawsze siadała na tym murku z kolegami a ja chciałam pokazać, że jestem taka dorosła więc pokonywałam lęk i wdrapywałam się na ten murek z nadzieją, że Karolinka wyjrzy z okna i mnie na nim zobaczy. No ale murek nie był tak wysoko jak ten bocian! Umarłabym ze strachu! Mama mówiła nie raz, że umarłaby ze strachu a skoro mama uważa, że ze strachu się umiera to przecież musi być prawda. A skoro ja żyję to… to jak mnie ten bocian przyniósł? Przecież nie szedł pieszo bo potrąciłby go samochód albo rower… (btw. wyobrażasz sobie bociana przechodzącego przez pasy z dzieckiem w dziobie?) Coś mi tu nie grało. Bardzo nie grało. Pobiegłam do mamy z moją opowieścią i dowiedziałam się w końcu prawdy. Dzieci nie przynosi bocian. Dzieci przynosi się z pola. Z kapusty…

No i to było już do zrozumienia! A jeszcze jak babcia biegała za mną i bratem z okrzykiem: „Wy kapuściane łby!” to już totalnie potwierdzała moją teorię. Na szczęście odkryłam prawdę. Później troszkę doedukowało mnie w tych kwestiach życie i tak oto siedzi przed Tobą Malwina, matka syna, którego z pewnością nie przyniósł jej bocian. Bo przecież bociany nic nie przynoszą prawda?

I tu Cię znów zaskoczę. Jeśli dopiero z tego tekstu dowiedziałaś się o tym jaka jest prawda, nie stresuj się za bardzo. Po 20 latach okazało się, że moja teoria jednak nie jest do końca prawdziwa. Bo bociany przynoszą dzieci. Tylko pośrednio. I w sumie od niedawna zaczęły się tym zajmować. A właściwie to jeden bocian… Doktor Bocian! Doktor Bocian, który pomimo swojego sędziwego wieku ma nawet swojego Facebooka o tutaj. I przyznaję się szczerze, że rozkłada mnie swoimi tekstami na łopatki :)

Ale od początku. Pamiętasz jak Ci pokazywałam list od Dra. Bociana, który wysłał mi po przeczytaniu mojego wpisu „Na Dzień Dziecka życzę sobie dziecka”? Za Doktorem Bocianem stoi grupa fantastycznych ludzi, których niedługo po ich przesyłce miałam okazję poznać. Sama chciałam! A wszystko za sprawą małej książeczki, którą dołączyli do pudełka z prezentem.

Do pudełka zaglądałam pełna sceptycyzmu. Moja pierwsza myśl: „Takie ładne pudełko a tyle chemii w środku” :) No ale ten list był napisany tak super, że dałam prezentowi szansę. Zabrałam się za wertowanie książeczki. Co by nie było, w tym pudełko może być rozwiązanie mojego problemu. A może inaczej… zagadki. Bo w tym momencie staram się już podejść do kwestii ciąży na totalnym luzie. A to między innymi za sprawą Bociana i jego prezentu.

_DSC9450 _DSC9453 _DSC9456 _DSC9460 _DSC9481

Otwieram książeczkę a tam, na wstępie tekst, który trafił do mnie jak żaden inny: „Przede wszystkim bez paniki”. I wypisana masa czynników, które do tej pory jakoś tak… olewałam. Ale zebrane do kupy pokazały mi, że mój organizm na przyjście dziecka jest w tym momencie totalnie niegotowy. I kiedy myślę sobie, że miałabym w takim zapędzonym, niedospanym, wymęczonym organizmie gościć dzieciaczka… aż mi wstyd przed samą sobą.

Trochę się o tym rozpisałam we wpisie: 3 powody, przez które nie zachodzę w ciążę. Później umówiłam się na spotkanie z „ekipą Bociana”, która zanim zaproponowała mi współpracę wytłumaczyła mi to wszystko jeszcze raz, ale w wersji dla blondynki. Najlepiej by w ogóle było gdybym powierzyła napisanie tego wpisu Piotrkowi – ach gdybyś mogła go posłuchać. Kurcze… a może go namówię na wywiad :) Gdyby nauczyciele tak uczyli biologii w szkołach nie uciekałabym ze sprawdzianów i nie miałabym zagrożenia w liceum i nigdy nie nauczyłabym się wagarować…

Ale wracając do naszego Bociana. Jako wyedukowana blondynka zaraz Ci rozpiszę co jest w środku naszego pudełka. Kiedy otwierasz je pierwszy raz dostajesz oczopląsu. Zatrzęsienie pudełek i pudełeczek. Na początku trochę się przeraziłam bo było tego taaaaak dużo! Ale później do mnie dotarło, że to wielkie pudło ma mi wystarczyć na pół roku. Ba! Nie mi a nam, bo przecież tych produktów jest pół na pół dla mężczyzny i kobiety. To też rozwiewa moje wątpliwości co do ceny. Kiedy zbierzemy wszystko „do kupy” cena wydaje się bardzo wysoka. Ale w momencie, w którym dzielisz ją na 6 albo 3 miesiące i jeszcze na pół bo przecież i Ty i Twój mąż z tego korzystacie, nagle okazuje się, że ten zestaw nie różni się cenowo od np. karnetu na siłownię. No dobra, to co my tam mamy w środku:

PRE-SEED – żel intymny, importowany zza oceanu. A to dlatego, że jako jedyny dostępny na rynku nie pogarsza jakości plemników. Więcej o nim przeczytasz tutaj.

INFOLIC – suplement diety dla kobiet wspomagający owulację. Tu nie będę się rozpisywała bo co to owulacja chyba każda z nas wie ;) Więcej znajdziesz tutaj.

ANDROFERTI – suplement diety dla mężczyzny wspomagający produkcję nasienia. Poczytaj sobie o nim tutaj. Ja się wstydzę pisać (joke!)

ODNOWIENIE i REWITALIZACJA dla niego i dla niej – dwa oddzielne produkty, które mają za zadanie posprzątać w naszych organizmach po wichurze jaką wywołuje w nich XXI wiek. Wspomagają oczyszczenie organizmu z toksyn. Podobno efektem ubocznym jest chudnięcie :) :) :)

Jest też test ciążowy i jest jeszcze coś. Tym co wypisane na górze pewnie Cie nie zaskoczyłam bo to normalne rzeczy są, tylko że trudnodostępne w Polsce. Ale mam 100% pewności, że to, co Ci zaraz pokażę zrobi to na Tobie wrażenie.

Mój „pudełkowy konik” to test owulacyjny. Ale nie taki w paseczkach co nawet jak na nie nasika facet to Ci pokazują owulację. W ogóle o sikaniu nie ma mowy. To jest taka mała szmineczka, która w rzeczywistości nie jest szmineczką a mikroskopem. Rano umieszczasz na takiej tyciej szybce kropelkę Twojej śliny, czekasz aż zaschnie i obserwujesz ilość hormonu. Nie pamiętam nazwy tego hormonu (standard), ale wiem, że na jego podstawie sprawdzamy czy w danym dniu mamy owulację czy nie. I ja tego używałam już kilkanaście razy i muszę powiedzieć, że jest różnica na tych szybkach widoczna dla każdego. CZAD :)

Bocianowe pudełko dopiero testuję. Od Doktora Bociana dostałam pełne pozwolenie na „sceptycyzm”, „dociekliwość” i „milion dodatkowych pytań” z czego korzystałam do oporu, a Piotr, który dla mnie właśnie jest uosobieniem Doktora Bociana rozwiewa każdą moją wątpliwość. Pudełko wygląda ślicznie, Bociek jest najsympatyczniejszym doktorem jakiego poznałam i najsympatyczniejszym Boćkiem z jakim dane mi było się spotkać :) Mój Maciek miał więcej oporów niż ja, ale po przeczytaniu ulotki uznał, że nic mu się od tego nie stanie a tylko może pomóc.

Mam nadzieję, że uda mi się ten mój organizm z Boćkiem jakoś przygotować na dzidziusia. Mam na sumieniu i McDonaldy i nieprzespane noce i hektolitry kawy. Czas zrobić z tym porządek :)

_DSC9458

_DSC9470 _DSC9502 Collage Bocian _DSC9464 _DSC9463

_DSC9484 _DSC9472 _DSC9473