Bestialska metoda usypiania dzieci, której nigdy nie poprę!

Bestialska metoda usypiania dzieci, której nigdy nie poprę!

Mati w sierpniu skończy 4 lata. Do tej pory śpi z nami w sypialni, w swoim łóżeczku. Wczoraj Maciek oznajmił, że czas się z łóżeczka chyba wyprowadzać ze spaniem, do „pokoju starszaka”, bo bąbel już się w nim powoli nie mieści. Na dźwięk tych słów przeniknął mnie dreszcz. Pamiętam jak, jako 5-latka bałam się spać w sypialni, kiedy rodzice po umyciu mnie, wychodzili umyć młodszego brata, a ja musiałam zostać w pokoju sama (co prawda w towarzystwie telewizora, ale sama). Tu nie chodziło o to, że czegoś się bałam. Ja po prostu czułam się samotna.

W ślad za tym wspomnieniem przypomniałam sobie jak wyglądał nasz pierwszy rok z Matim, który usypiał albo bujany na rękach, albo głaskany po główce i pleckach na łóżku. Zazwyczaj głaskanie wystarczało, ale bywały i takie wieczory, kiedy bujałam go po kilkadziesiąt minut. Najlepsze był to, że bujać mogłam go tylko ja. Usypianie przez głaskanie jak najbardziej mógł wykonać tata, ale kiedy Mati miał gorszy wieczór, tata nie istniał. Liczyła się tylko mama. Z wiadomych powodów. Mama to jednak mama, nie umniejszając tatusiów. Mama to dla takiego szkraba znajome bicie serca, znajomy zapach, znajome dźwięki… tata też, owszem, ale nie oszukamy natury. To my jesteśmy dla naszych dzieci synonimem bezpieczeństwa. Co w wielu przypadka trwa nawet wtedy, kiedy dzieci dorastają. Kiedy przytula mama, zawsze czuje się to samo prawda?

Musiałam zrobić taki przydługi wstęp, żebyś dobrze zrozumiała przesłanie dzisiejszego wpisu. Teraz zamknij oczy, wyobraź sobie, że jesteś takim małym bezbronnym dzieckiem, najlepiej takim tycim, które dopiero się urodziło. Twoją jedyną formą komunikacji jest płacz. Jeśli Twoja mama dobrze się wsłuchuje w dźwięk Twojego płaczu, jest w stanie wyłowić „LA, LA, LA”, który udaje Ci się z siebie wydobyć kiedy jesteś głodna – podobno najbardziej nieprzyjemne uczucie dla noworodka to głód. Graniczy dla takiego szkraba wręcz z bólem. Ale to takie info „przy okazji”. Poza „la, la” trudno odróżnić płacz dotyczący potrzeby zmiany pieluszki i potrzeby bliskości. A to są właściwie 3 potrzeby, które niemowlę posiada i wszystkie 3 są tak samo ważne.

Wyobraź sobie siebie samą, kiedy masz okres, wszystko jest beznadziejne, świat Cię przytłacza… idziesz do męża i chcesz się przytulić. A Twój mąż stwierdza, że ma Cię gdzieś. Ogólnie to wymyślasz babo i weź się ogarnij, a nie jakieś okresy wymyślasz. Zrozumienia zero. Przytulenia zero. Rozwód w powietrzu, ale taki nie z nerwów, a ze złamanego serca prawda? No to teraz sobie wyobraź, że jesteś tym maluszkiem, który jest najedzony, przewinięty i czeka właśnie na dawkę czułości jako trzecią z podstawowych potrzeb, a Twoja mama wkłada Cię do łóżeczka i bez słowa wychodzi. Płaczesz przez 2 długie minuty, które dla Ciebie są wiecznością bo nie wiesz co się dzieje, a chcesz jej jakoś powiedzieć, że jej potrzebujesz. Ona nie przychodzi…

Wyobraź sobie jak się czujesz kiedy śni Ci się koszmar, chcesz krzyczeć, ale brakuje Ci głosu… obstawiam, że taki mniej więcej poziom stresu ma w sobie malutkie dziecko, które w obcym świecie próbuje zasygnalizować swoje potrzeby. Jesteś tym dzieckiem. Płaczesz. Po 3 minutach mama przychodzi. Uff… zaraz Cię weźmie na ręce i wszystko będzie tak jak powinno być. Ona Cię nie opuści. Pierwszy i najważniejszy wybawca ze wszystkich opresji nareszcie przybył w odsieczy. Wybaczasz jej te 3 minuty nieobecności. Czekasz aż Cię wyjmie z łóżeczka i przytuli. Ale mama Cię nie wyjmuje, NIE PATRZY NAWET NA CIEBIE, bo twórca bestialskiej teorii usypiania dzieci jej tego zabronił. Ona Ci tylko sygnalizuje swoją obecność przez dwie minuty, daje Ci namiastkę spokoju, chociaż niepewną, bo jakoś tak dziwnie się zachowuje… jak nie mama. I wychodzi. Tym razem na 5 minut. Znów płaczesz. Znów przychodzi na kolejne 2 minuty. Znów tak samo nieobecna jak poprzednio. Płaczesz 6 minut… przy siódmej zasypiasz ze zmęczenia, albo po prostu w wyniku mechanizmu obronnego, który włącza Ci się podobnie jak w przypadku gwałtownego bujania wózkiem. Po prostu chcesz uciec z tego horroru.

Przez cały tydzień Twoja kochana za dnia mama, wieczorem staje się potworem. Nie jest tą kochającą mamą, która daje całuje Cię po stopkach i robi pierdzioszki w brzuszek podczas przewijania. Jest zimną, nieczułą na Twoje rozpaczliwe zanoszenie płaczem macochą ze strasznej bajki. A rano jak jakaś psychiczna, znów się do Ciebie uśmiecha. O co jej chodzi?! Czy ona nie wie, że Ty potrzebujesz jakiejś stałości w tym wszystkim? Że uczysz się tego świata na podstawie jej zachowań, bo właściwie to ona jest całym Twoim światem?

Pod koniec tego okropnego tygodnia mama znika już nie na 3 minuty, a na 25, 30 długich, przerażających minut. Pozwala Ci płakać w niebogłosy, bo jakiś Ferber wymyślił tę bestialską metodę, a ona w nią uwierzyła. I chociaż serce jej się kraja podczas słuchania Twoich krzyków, wierzy, że to dla Twojego dobra. Dla gówna nie dobra! Tego Febera to bym na suchej gałęzi powiesiła! On chyba wychowywanie dziecka (a właściwie w pierwszych miesiącach nazwałabym to opieką) pomylił z TRESURĄ!

Świetnie to ujęli Searsowie: „Stosując tę metodę traktujemy dziecko z mniejszą wrażliwością niż zwierzęta domowe”. Nic dodać nic ująć. Bestialstwo poziom ekspert. A co gorsza skuteczne, ale jego skuteczność można porównać do poprawienia sobie nastroju butelką wódki, albo osiągania wymarzonej figury wkładając sobie dwa palce do gardła, po każdym posiłku. Cel osiągnięty, owszem, ale w nienaturalny i niezdrowy, fatalny w skutkach sposób.

Wiesz dlaczego dziecko potraktowane „metodą 3-5-7” przestaje płakać? Przeczytaj poniższe tłumaczenie słów Dyany Mager, która zasłynęła na Facebooku zdjęciem, na którym jej mąż uwiecznił ją i jej córeczkę Lyannę, śpiące razem w łóżeczku:

„…misjonarz był w sierocińcu w Ugandzie i choć bywał w podobnych miejscach już wiele razy wcześniej, ten konkretny sierociniec był inny. Wszedł do żłobka, w którym było ponad 100 łóżeczek z dziećmi. Słuchał w zdumieniu i zastanawiał się, jak to możliwe, że w pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Cisza, która jest rzadkością w żłobkach, nie mówiąc już o żłobku w którym jest 100 noworodków. Misjonarz zwrócił się do gospodyni tego miejsca i zapytał dlaczego w żłobku panuje taka cisza. Odpowiedź jaką uzyskał, jest czymś, czego nigdy, przenigdy nie zapomnę. Spojrzała na niego i odpowiedziała: Po około tygodniu od momentu kiedy tu trafiają i po niezliczonych godzinach kiedy domagają się uwagi, w końcu przestają płakać, kiedy zdają sobie sprawę, że nikt do nich nie przychodzi (…) przestają płakać, gdy zdają sobie sprawę, że nikt do nich nie przychodzi. Nie za 10 minut, nie za 4 godziny i być może już nigdy.”

Ja nie dodam już do tego ani słowa. Wnioski z tego tekstu wyciągnij sama…